Evil Indie Games
0
   Forum   Giercownia Pomoc Szukaj Galeria Download Zaloguj się Rejestracja Evil Indie Games >>  
Luty 09, 2010, 12:11:41 *
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.
Czy dotarł do Ciebie email aktywacyjny?

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Aktualności: Evil Indie Games - Nowe Forum!
 
 
Strony: [1]   Do dołu
  Drukuj  
Autor Wątek: Co będzie potem  (Przeczytany 295 razy)
0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.
stalek
Administrator
Rekrut
*****

Reputacja: 4
Offline Offline

Wiadomości: 161



Zobacz profil Email
Ť : Luty 02, 2009, 19:45:14 ť







Co będzie potem.

Idziemy przez las, idziemy przez las, pijani od słów, pijani od słów. Ścieżka kręci się i wiruje, zapach runa drażni nam w nozdrza. Szumią drzewa, z góry spada słońce. Obok mnie idzie Doktor. Spocił się i posapuje, zmęczył się. Na usta ma naciągnięta maseczkę, jego tłusty brzuch podskakuje w rytm kroków. Przed nami Stytka i Zajęczyński - dwaj chudzi, poczerniali od dymu zwiadowcy, rekruci. Takie zwyczajne dzieci apokalipsy których pełno w ruinach Łodzi, Zgierza, Skierniewic i Nowego Żyrardowa. Chyba strach trochę ich łapie w tym mrocznym lesie, bo niepewnie coś i milczkiem idą, zasępieni, strapieni jakby. Z tyłu Szewcu i Pustak niosą radiostację. Ojciec Szewca przed wojną był policjantem, nauczył go  kryminalnego rzemiosła. To po ojcu właśnie Pustak ma swoje zimne, stalowo szare oczy. Z kolei Pustak to napakowany osiłek, wtłoczony w obcisłą bluzę dresową i wojskowe spodnie. Szewcu mówi, że Pustak to umysł pięciolatka, ale dobry przy tym żołnierz, towarzysz na którym można polegać.
Nasz oddział jest mały, ale zaprawiony w bojach. Wiele razem przeszliśmy, we czterech. Ja, Szewcu, Pustak i Doktor, nasz dowódca. Po ostatniej potyczce pod bunkrami Raszyna, gdy straciliśmy czterech ludzi, dali nam tych dwóch nowych, zwiadowców. Dwóch świeżaków, za czterech weteranów wojen stepowych... Cóż ciężkie to czasy, trudne to czasy.
Tam, pod Raszynem poległ Władek, nasz dawny dowódca. Doktor był jego dobrym kompanem, kumplem oddanym. Trzymali się zawsze razem. Doktor był zawsze poważny, stateczny, skupiony i opanowany, choć pocił się nadmiernie. To taka choroba – nadmierna potliwość, zwykł mówić, jakby na usprawiedliwienie. Był naszym lekarzem, służył też dobra radą jeśli idzie o strategię walki, zwiad, zabezpieczenie zaplecza. W starciu z przeciwnikiem trzymał się raczej z boku, ale całkiem nieźle strzelał ze swojego pistoletu P99RAD2. Poza tym leczył i opatrywał nam rany. Teraz został naszym nowym dowódcą. Awans Doktora, nie był dla nas specjalnym zaskoczeniem. Był z nas najstarszy, najbardziej też doświadczony w misjach.
Dochodzi południe, już drugi dzień maszerujemy. Od trzech godzin w tym cichym uśpionym lesie. Nie widać jeleni, dzikich psów, czy wściekłych wiewiórek. Jesteśmy my tylko i szumy, odgłosy z drzew, krzaków, z zeschniętych liści. Wokół jesień przepiękna, złota nasza polska. Tysiącem kolorów i barw ciepłych nas cieszy. I jest to doprawdy piękna odmiana po zadymionych, szarych miasta ruinach. Po przerdzewiałych schronach i piwnicach zatęchłych.
Gdy wyruszaliśmy te dwa dni temu, nie było wiele wyjaśnień. Ot Doktor nas zebrał na klepisku przed szóstym garnizonem, tam gdzie niegdyś była hala gimnastyczna, a teraz jest plac musztry i zbiórek na parkiecie zbutwiałym.    
Zmierzył nas wzrokiem stojących w szeregu. Starł pot jedwabną chusteczką, z czoła, przymrużył oczy, rzekł:  Żołnierze mamy nowe rozkazy. Za trzydzieści minut wyruszamy na południe,  początkowy kierunek Rawa Mazowiecka - Opoczno. Idziemy cicho, bocznymi drogami. Nasze zadanie ma charakter ściśle tajny i  nie muszę chyba mówić co to oznacza - w tym miejscu zrobił znaczącą pauzę... Dalsze rozkazy przekazane zostaną w dalszych etapach misji. Odmaszerować. Zbiórka o  ósmej trzydzieści.

Tak idziemy ciągle przez las, jakąś zapomnianą, zarosłą ścieżką. Doktor ma mapę,  wskazuje kierunek. Mijamy starą drewnianą kapliczkę na drzewie. Jezus Chrystus ukrzyżowany i matka jego pod krzyżem. Farba odeszła z figur już całkiem, Chrystus i Maryja bez barwni. Na górze, na daszku jakiś ptak uwił swe gniazdo. Las poczyna się kończyć. Coraz rzadsze drzewa, coraz młodsze i mniejsze. Coraz więcej jesiennego słońca. Stajemy na małej, pełnej zeschłej żółtej trawy, polance. Doktor wyjmuje ze starego, połatanego, wojskowego plecaka mapę, wskazuje pozycję, gdzieś na skraju, gdzie zaraz zaczynają się pola. Tu jesteśmy, mówi.
Żołnierze celem naszej misji jest dotarcie i zabezpieczenie ośrodka produkcyjnego XS 512. Przed wojną był to instytut prowadzący badania z zakresu robotyki i cybernetyki prowadzony przez ekscentrycznego doktora Pawła Lubickiego. Być może słyszeliście coś niecoś o Lubickim… Nie? Otóż był on jednym z najwybitniejszych polskich naukowców. Ceniony na świecie, uważany za autorytet jeśli chodzi o badania nad sztuczną inteligencją. Jego pracą szeroko interesowało się wojsko w znacznej mierze finansując jego największy i najważniejszy projekt… Można powiedzieć, że doktor Lubicki większość swego życia poświęcił stworzeniu maszyny, którą sam określał mianem „nowy lepszy człowiek”. Miał być to swego rodzaju android, syntetyczny organizm, który możliwie najwierniej miał przypominać prawdziwych ludzi. Miała być to maszyna, która potrafiłaby myśleć, działać kreatywnie, ale też odczuwać – strach, miłość, nienawiść, współczucie. Tuż przed atomową zagładą Lubicki przechwalał się, że jest nowym bogiem, który stworzył swój własny raj. Twierdził ze niczym Bóg – stworzył istoty myślące, które zamieszkują jego doskonałą krainę. Z naszych informacji wynika, że Lubicki zginął w jednym z rządowych bunkrów pod Raszynem, w wyniku uszkodzenia systemu wentylacji. Dowództwo sił Nowej Polski jest niezmiernie zainteresowane zabezpieczeniem technologii Lubickiego i być może, o ile to będzie możliwe wykorzystaniem ich ku chwale naszej Ojczyzny. Stąd, też zaraz po uzyskaniu przez nowopolski wywiad informacji na temat ośrodka XS512, został wysłany w te okolice niewielki oddział wojskowy mający na celu przeprowadzenie zwiadu  i o ile ośrodek nie uległ  całkowitemu zniszczeniu, zabezpieczenie go, do czasu przybycia korpusu naukowego. To my stanowimy ten odział i właśnie zbliżamy się do celu naszej podróży.
   Doktor pochylił się nad mapą: Jesteśmy tu, na skraju lasu, przejdziemy przez pole ukryci w zagłębieniu rzeczki. Wejdziemy od północy asfaltową drogą do tego miasteczka, przejdziemy przez najprawdopodobniej wymarłą miejscowość, jednocześnie zabezpieczając teren i gdzieś tu, u wylotu drogi powinien być zlokalizowany instytut. Nie posiadamy żadnych informacji na temat zabezpieczeń instytutu. O ile to możliwe mamy przedostać się do środka, opanować ośrodek XS512, zainstalować radiostację, nadać meldunek od sztabu.

Wyszliśmy z lasu i przemknęliśmy w zagłębienie, gdzie niegdyś płynęła rzeczka. Teraz wszystko było wysuszone i tylko na mulistym dnie widać było lekkie ślady wilgoci. Ot wielka mi rzeczka, zwykły rów melioracyjny, mruknął pod nosem Stytka, brnąc przez  chwasty, które obrosły koryto. Szliśmy w skupieniu, nasłuchując. Co jakiś czas Zajęczyński, który szedł z przodu, przystawał, sprawdzał przez lornetkę horyzont. Szliśmy w milczeniu, świadomi że byle dźwięk, odgłos może oznaczać niebezpieczeństwo. Ponad nami rozpościerało się krystalicznie czyste, bezchmurne niebo. Słońce w pełni, przygrzewało miło, jesiennie. A ot, sympatyczna wycieczka, pomyślałem sobie…
Chwilę potem doszliśmy do drogi. Wyszliśmy trzema grupkami po dwie osoby. Odstęp czasu pięć minut. Najpierw ruszyli młodzi zwiadowcy. Potem ja z Doktorem. Na końcu chłopaki z radiostacją.
Asfalt był popękany, tu i ówdzie, lecz i tak w nienajgorszym stanie. Dawno nikt tędy chyba nie jechał, bo tam gdzie drzewa przy drodze, liście i gałęzie jezdnię całkiem skryły. Natrafiliśmy na dwa przerdzewiałe wraki samochodów. Nigdzie ni śladu walki, zwłok, zabitych… Dotarliśmy do pierwszych zabudowań. Zwykły parterowy domek z czerwonej cegły, z nadpalona stodołą w podwórzu. Drzwi były wyrwane, okna częściowo wybite. W środku trochę sprzętów, ale nic właściwie wartego uwagi. Ot, kanapa, fotele, w kuchni stół, krzesła, kuchenka, lodówka i szafki. Wszystko zakurzone, lekko przerdzewiałe, przetrawione wilgocią.
-No, przynajmniej wiemy, że szaber nie zachodzą tu często – stwierdził Doktor.
Usłyszeliśmy szmer przed domem, Doktor dał znak i ze Stenem gotowym do strzału ruszyłem sprawdzić, co tam się dzieje. To nasi dwaj zwiadowcy, cofnęli się do tyłu by złożyć meldunek.
- Panie kapitanie, melduję, że w miasteczku zauważyliśmy grupę ośmiu uzbrojonych postaci. Według naszego rozeznania to bandyci lub szabrownicy. Przeczesują domostwa  kolejno, zmierzają na południe. – Sytko pośpiesznie składał raport. 
- Jak uzbrojeni? - spytał Doktor marszcząc brwi i przecierając czoło.
- Melduję, że rozpoznano broń krótką, karabiny AK-47, AN-94, zauważono też granaty, sądzimy, że mogą posiadać również materiały wybuchowe.
- Dobrze, zarządzam zbiórkę całej grupy. Rozpoczynamy działania mające na celu okrążenie i ewentualną eliminację obiektów. Strzelać wyłącznie na mój rozkaz.

Ruszamy w szyku bojowym, ukryci za zabudowaniami. Zwiadowcy wskazują drogę, kierują nas na pozycje. Skradamy się przez wymarłe miasteczko, mijając powywracane słupy, dziwne wyrwy w budynkach, przechodząc przez zapuszczone, zrujnowane pokoje, przemykając wzdłuż pochylonych płotów. 

Zanim ich zobaczyliśmy, usłyszeliśmy ich głosy. Musieli czuć się niezwykle pewnie, bo zachowywali się tak głośno, że z pięciuset kroków doskonale było słychać ich rechot.
- Zdaje się towarzystwo podpiło sobie i się nieźle bawi - szepnął Szewcu z uśmiechem.
Weszliśmy przez otwarte, oklejone folią okno, do jakiegoś domu… Hałasy dochodziły z podwórza… Było ich ośmiu. Czterech siedziało na jakichś pokrzywionych stołkach przy stole zastawionym butelkami, garnkami, szklankami i talerzami.
Jeden z nich, w skórzanej kurtce, z długimi poskręcanymi włosami przechadzał się po podwórzu mówiąc cos głośno tubalnym głosem. Dwóch trzymało pod ręce kobietę. Próbowała się im wyrwać, ze wszystkich sił. Ostatni z mężczyzn trzymał w silnym uścisku chłopca. Chłopiec miał może z dziewięć, dziesięć lat.
Zajęliśmy pozycje gotowi do strzału. Czekając tylko na rozkaz. Mężczyzna w skórzanej kurtce dużo się śmiał, a śmiejąc się mówił coś do kobiety:  - No to nieźle się tu u pani zabawimy, nie powiem. No, no, no.. Niezły składzik wódki znaleźliśmy w tej dziurze. No i taką śliczną panią gospodynię. No, no, no będzie gruba  imprezka, he, he, he. Dawnośmy na takim party nie byli co chłopcy?
- He Pazur no dawnośmy nie byliśmy. No i ruchanka dawno nie było. Hehehe. – Zarechotali  jego kamraci. My gotowi do strzału, w każdej chwili. Czekaliśmy tylko na znak Doktora. 
Tymczasem oprych w skórzanej kurtce, podszedł do chłopca.
- To twój syn paniusiu co? I pewnie go bardzo kochasz i tak dalej. I pewnie nie chcesz by mu się jakaś krzywda stała, co? I pewnie byś chciała byśmy zostawili go w spokoju. Hehehe, nie martw się nic mu nie zrobimy paniusiu. Jeśli będziesz dla nas miła i obsłużysz nas zawodowo.
Hehehe. 
Pazur pogłaskał chłopaka po głowie, zmrużył oczy i powiedział do niego:
- Nic się nie martw się chłopaku, mamusia nam obciągnie, przerżniemy ją trochę ale nic jej nie będzie. Możesz sobie popatrzeć, no, cieszysz się chłopaku?
- Spierdalaj tu chuju - chłopak ze szlochem splunął w twarz bandyty.
- O kurwa!  Kurwa, nie będziesz pluł na mnie, kurwa gówniarzu jebany, zapierdolę cię Kurwa… - oprych rzucił się na chłopca. Zaczął okładać go pięściami.
- Zobacz ty niedojebana suko jak jadę twojego dzieciaka. Głowę mu kurwa ujebię, zobaczysz… - ryknął w furii do matki. Wyciągnął nóż zza pasa i począł dźgać szyje chłopca…
Huknął strzał, mężczyzna w skórzanej kurtce złapał się za klatkę piersiową z rykiem. To pistolet Doktora, na to czekaliśmy. Ozwały się serie naszych karabinów. Szewcu z Pustakiem zasypali gradem kul mężczyzn przy stole. Zwiadowcy zdjęli dwóch bandytów którzy trzymali kobietę, kilkoma celnymi strzałami. Ja i mój Sten 3000 zajęliśmy się oprychem który uprzednio trzymał chłopca, wspomagając tym samym Doktora. Zaskoczenie było zupełne, nie była to już właściwie walka, tylko jednostronna masakra. Jeden z bandziorów zdołał wprawdzie wpełznąć pod stół i dobyć broni, jednakże celna seria z AK-47 w wykonaniu Pustaka, zmieniła go w manekina poszarpanego kulami…

Zawsze po akcji następuje cisza. Pospiesznie zabezpieczaliśmy teren, sprawdzając czy w najbliższej okolicy nie ma więcej wrogów, czy strzelana nie ściągnęła nam na głowę jakiś nieproszonych gości. Wszystko było w porządku.

Gdy kurz opadł, naszych uszu doszło głośne łkanie kobiety. Klęczała nad swoim zmasakrowanym synem, cała w płaczu i spazmach. Mój synek, mój synek, mój najmilszy… O Boże, Boże… O Boże… Zabili go, zabili…
Podszedł do niej Doktor.
- Proszę Pani, jestem lekarzem. Mogę zobaczyć…
Kobieta nie zwracała niemal na niego uwagi…
- Po co lekarze, skąd lekarz, zabili go… Rozumiesz. Zabili mi syna!... - Kobieta rzuciła się w spazmach na ziemię.
Doktor dał rozkaz Pustakowi aby się ją zajął, aby przytrzymał. Sam zaś pochylił się nad chłopcem. Włożył gumowe rękawiczki ze swojego plecaka. Z zaciekawieniem począł oglądać chłopca. Dotykał jego ran, centymetr po centymetrze badał zmasakrowane ciało.
- To niesamowite – szeptał,  to niesamowite, nieprawdopodobne. Kto by przypuszczał. -Doktor był wyraźnie zaintrygowany.
- Kobieto, zwrócił się do płaczącej. Twój syn nie żyje.
Ona wybuchła gwałtownym, spazmatycznym płaczem. Niemal wyrwała się z uścisku Pustaka.
- To niesamowite, nieprawdopodobne. Zobaczcie… - Doktor pochylając się nad martwym chłopcem zwrócił się do nas. Podszedłem bliżej i zobaczyłem zmasakrowaną twarz dziecka. Szyję pocięta do mięsa nożem.
Doktor rozgarnął palcami ranę i  naszym oczom ukazały się kable, jakieś przewody wystające z szyi chłopca.
- On nie był człowiekiem, ten dzieciak nie był człowiekiem - szepnął do nas Doktor.
- Osz kurwa faktycznie, no to mamy tu pieprzonego androida – wycedził przez zęby Szewcu.
- To, że chłopak był androidem to nic jeszcze, znacznie ciekawsza jest reakcja jego matki – Doktor uniósł swe krzaczaste brwi do góry. - Niesamowite jest to że między tymi maszynami istniała wieź emocjonalna. Pustak puść tą kobietę.
Pustak zwolnił uścisk, kobieta zataczając się padła na ziemie. Miała zmierzwione włosy, oczy czerwone od łez. Zdawała się skurczona, załamana w sobie, wciśnięta do wnętrza swego.
- Nie mam po co żyć, nie mam po co … Mój syn… Mój jedyny… - dusząc się od łez szeptała…
Doktor zwrócił się do nas:
- Widzicie, badania Lubickiego to doprawdy fantastyczne osiągnięcie nauki. Nie dość, że stworzył inteligentne maszyny, to jeszcze nauczył ich uczuć… Czy rozumiecie jakiej skali to dokonanie?… Sztuczni ludzie zupełnie tacy jak my, nieświadomi nawet faktu, że są maszynami… Ich umysły przetwarzają dane analitycznie, są w stanie szybciej od nas się uczyć, zapamiętają wszystko co usłyszą. Ich szkielet i mięsnie umożliwiają noszenie większych ciężarów, są silniejsi od nas. Celniej strzelają. Mogą szybciej biegać nie męcząc się przy tym…
- Gdyby udało nam się uruchomić sprzęt w ośrodku i wytworzyć nowe androidy, byliby to  znakomici żołnierze w służbie Nowej Polski – z błyskiem w oku wycedził Zajęczyński.
Doktor spojrzał zimno na niego:
- No tak… - jego dalsze słowa przerwał huk wystrzału. Spłoszeni rzuciliśmy się w poszukiwaniu jakiejś osłony…
Na podwórzu leżała kobieta. W dłoni ściskała pistolet zabrany widać któremuś z zabitych oprychów. Z jej głowy płynęła krew, z wyrwanej rany sterczały jakieś kolorowe druty.
- Nie chciała żyć bez syna – Doktor pokiwał głową. - Według danych naszego wywiadu tuż przed samą wojną cały naukowy personel ośrodka XS512  został ewakuowany. Widać pozostawiono tu tą dwójkę androidów, w celach doświadczalnych, być może był to jakiś rodzaj eksperymentu, trudno powiedzieć…

Instytut Lubickiego otoczony był wysokim betonowym murem z drutem kolczastym na górze. Brama była zamknięta i w całkiem dobrym stanie. Stróżówka pusta, wokół ni śladu żywej duszy.
Doktor podszedł do skrzynki po prawej stronie furtki z wzmocnionej blachy. Otworzył jej wieko nożem. W środku znajdował się przyprószony kurzem ciekłokrystaliczny wyświetlacz i klawiatura pełna przydymionych przycisków. Doktor popatrzył chwilę na terminal i wstukał serię znaków. Na wyświetlaczu poczęły wyświetlać się komunikaty.
Doktor wprowadził kolejny kod, instrukcję i rozległ się sygnał otwieranych drzwi. Przeszliśmy przez furtkę.
- Wygląda że wszystko jest w idealnym stanie, wszystkie systemy działają. Sprawdziłem to w terminalu. Monitoring ośrodka nie wykazał żadnych intruzów, czy uszkodzeń w zabezpieczeniach. Możemy śmiało ruszać na rekonesans – obwieścił nam Doktor.
Ruszyliśmy więc grupą przez asfaltowy dziedziniec. Broń jak zawsze w pogotowiu, gotowa do strzału. Doktor szedł pierwszy, prowadził nas pewnym krokiem. Zmierzał w kierunku dużego, dwupiętrowego budynku w centrum ośrodka. My podążaliśmy za nim. Gdy doszedł do drzwi znów zajął się skrzynką i terminalem, za chwilę drzwi były otwarte.

W środku budynek przypominał szpital. Doktor poprowadził nas długim korytarzem, mijając szereg pokoi i krzeseł. Nasze buty stukały o zimną terakotową posadzkę. Na końcu była winda. Doktor wcisnął przycisk i zapaliły się lampki. Za chwilę weszliśmy do dużej, windy towarowej. Okazało się, że kompleks badawczy posiada sześć kondygnacji w dół, dwie w górę.
-  Jedziemy od serca kompleksu - obwieścił nam Doktor. Wcisnął przycisk z numerem minus sześć. Winda ruszyła. Po niecałej minusie byliśmy na dole.
Był tu niewielki korytarz i dwoje drzwi. Jedne po prawej i jedne po lewej. Na drzwiach z prawej tabliczka z napisem „LAB61” natomiast z lewej widniał napis „EDEN”. Doktor skierował swe kroki w lewo. Zauważyłem, że po obydwu stronach znajdowały się  czytniki linii papilarnych.
No ciekawe jak z takim zamknięciem poradzi sobie nasz Doktor – pomyślałem - tu nie wystarczy jakiś tam kod, czy sekwencja.
Doktor zaś zwyczajnie przyłożył dłoń do czytnika. Drzwi otwarły się cicho, bezgłośnie.
- Za mną – rzucił ruszając kolejnym korytarzem. Szliśmy zaskoczeni lekko, nasłuchując z uwagą, czujni. Korytarz był ciemny, tylko małe lampki halogenowe w suficie, oświetlały go to tu, to tam. Było jakoś tak przyjemnie ciepło, a powietrze miło pachniało. Ani śladu stęchlizny, kurzu czy pyłu. Ośrodek musiał mieć najwidoczniej jakiś zaawansowany system wentylacyjny. Na podłodze miękka dywanowa wykładzina, tłumiła nasze kroki. Doszliśmy do kolejnych drzwi. Gdy otwarły się oślepiło nas na chwilę światło. Znaleźliśmy się w zielonym ogrodzie, pod błękitnym niebem. Od strony fontanny zbliżały się do nas jakieś postacie.
Zacisnęliśmy dłonie na broni. Doktor ruszył w kierunku nadchodzących postaci. Wszystkie były kobietami. Na oko dwudziestopięcioletnimi. Ubrane były w zwiewne, prześwitujące niemal koszulki, koronkowa bieliznę… Zawirowało mi w głowie od ich perfum, fryzur, tego zapachu dokoła, zieleni drzew, strumieni, fontanny, niebieskiego nieba, chmur i obłoków. Zbliżały się. Jedna z kobiet o rudych, płomiennych lokach z uśmiechem patrzyła na Doktora.
- Witaj Ewo - on odezwał się do niej pierwszy.
-Witaj serdecznie doktorze Pawle Lubicki w utęsknionym twym domu. Witaj w Raju - to mówiąc przywarła do niego z czułością …
Nasza broń była ciężka i zimna, ich ciała tak ciepłe, usta wilgotne.

Nazajutrz rano zniszczyliśmy radiostację.
 




Stalek 11.11.2008

// opowiadanie to zostało swego czasu wysłane na konkurs organizowany przez forum projektu Afterfall.




Zapisane
Strony: [1]   Do góry
  Drukuj  
 
Skocz do:  

Theme by m3talc0re. Powered by SMF 1.1.10 | SMF © 2006-2007, Simple Machines LLC MySQL | PHP | XHTML | CSS